„Die Katze”

On 19 stycznia 2013 by agablazy

Pisałam wcześniej o tym przedszkolu jako wielkiej inspiracji, marzeniu, miejscu fizycznie nie tak odległym, a jednak zapierającym dech w piersiach… Nie przypuszczałam, że tak szybko uda mi się sprawdzić je na żywo!

Tak zaczęłam Nowy Rok. Podróż do Polski ze spontanicznym skokiem w bok, żeby chociaż z daleka zerknąć na tego kota, zobaczyć lokalizację tego przedszkola, może pogadać z mieszkańcami Wolfartsweier? Pomysł padł naprawdę szybko, tak spontanicznie, że nawet nie wysłałam im maila z prośbą o spotkanie. Nie wierzyłam znając przepisy branży przedszkolnej, że ktoś mnie wpuści ( i to z aparatem!) i zechce poświęcić swój czas na odpowiadanie na setki moich pytań.

To jest kolejny dowód na to, że się da, że trzeba bardzo chcieć i że mam niesamowite szczęście do spotykania dobrych ludzi.

Zjeżdżamy z autostrady w pobliżu Karlsruhe. Pierwsze wrażenie: szara, niemiecka wioska. Małe domki, jakaś piekarnia, apteka. Pustki na drodze! Wyobrażałam sobie dobrze rozwinięte miasteczko, centrum handlowe w okolicy albo przynajmniej dobre galerie sztuki wkoło – bo dla mnie ten budynek to prawdziwe dzieło sztuki (w każdym sensie!). I co się okazało? Malutkie ulice, niewiele domków i o mały włos przejechalibyśmy całą mieścinę i ominęli to przedszkole, gdyby nie znaki kierujące wprost do przedszkola!

okno na1

Czułam się jak w pewnej znajomej dzielnicy Rybnika, i właśnie to już wywołało we mnie wielką euforię na wstępie: jak w takiej dziurze się da, to czemu u nas miałoby się nie udać? Nie umniejszając oczywiście swemu rodzinnemu miastu, które kocham i wracam do niego stęskniona za każdym razem z kolejnej podróży.

I jest, pokazuje się przed moimi oczami. Myślę sobie- „ Jezus Maria!” i nogi się pode mną ugięły…

Inicjatywa „Die Katze” to jest spełnienie moich marzeń. To budynek stworzony dla dzieci, to połączenie sztuki wielkich dla tych małych; funkcjonalności z dobrą estetyką, to zapewnienie miejsc przedszkolnych w małej mieścinie (i to z polotem!) i stworzenie takiej przestrzeni, gdzie każdy może liznąć sztuki.

okno na3

Stoimy przed furtką, jest domofon i płot… Moi bliscy tradycyjnie mnie popychają: „No idź, pogadaj z nimi, spróbuj!”. Nie znam niemieckiego ,więc dukam po angielsku. I jak mówiłam do tego domofonu, to jednocześnie myślałam sobie, jak to musi idiotycznie brzmieć: „dzień dobry, jestem z Polski, podróżowałam w tej części Europy i postanowiłam odwiedzić Państwa przedszkole, bo jest takie piękne, czytałam o nim kiedyś w internecie, i sama pracowałam z dziećmi w Polsce i tak bym chciała stworzyć podobną przestrzeń w naszym rodzinnym mieście…” No wariatka.. Miałam aparat na szyi, obok mój facet z jeszcze większym obiektywem i rodzice w drugiej linii za nami, żeby nie podpadło, i bałam się, że nas o coś posądzą, wywalą spod płotu i w ogóle… rysowałam raczej te czarne scenariusze. Nic bardziej mylnego. Owszem, od progu poproszono nas o to, by nie fotografować dzieci, ale nikt nie patrzył krzywo na to, jak robiliśmy zdjęcia detalom budynku. Ja byłam w takim amoku (bo na teren placówki i do jej wnętrza wpuszczono tylko mnie), że starałam się tylko wyciągnąć jak najwięcej informacji. Zapomniałam o tym, żeby w środku porobić jakieś fotki. Obudziłam się np. tutaj. Jedna z sal dla 3 latków- z wygodnym „legowiskiem”, idealnym na czytanie bajek.

Cały budynek genialnie zaprojektowany- sale na dole przeznaczone dla maluchów, te u góry dla starszych dzieci. Oczywiście przeszkodą są schody (skąd ja to znam!?!), które i tak spełniają wszelkie normy. Placówka ta jest instytucją publiczną, która powstała już 10 lat temu! Nie mogłam uwierzyć. To było dla mnie największe zaskoczenie. Wcześniej wydawało mi się, że odkryłam jakąś nowość! A tu proszę.. „Die Katze” powstało już w 2002 roku. Da się?? Da! Projekt tego przedszkola jest autorstwa Tomi Ungerera i z tym panem nie omieszkam też nawiązać kontaktu. Budowę tego przedszkola sfinansowało miasto Karlsruhe, a obiekt ten jest też symbolem przyjaźni niemiecko-francuskiej.

okno na10

Przedszkole mieści cztery grupy dzieci. Posiada salkę gimnastyczną, jadalnię i kilka mniejszych sal oraz plac zabaw (chyba też nietypowy- bo na nierównym terenie. Trafiliśmy z naszą wizytą na taką porę, kiedy większość dzieci przebywało na podwórku. To ułatwiło mi zwiedzanie obiektu od środka. Tu można było zauważyć, że budynek nie jest pierwszej nowości, ale jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że przedszkole ma już dziesięć lat- zwracam honor! Wnętrze wyróżniały drobne detale – np. ilustracje Tomiego Ungerera,

okno na5

fikuśne stojaki na buty czy zakątki sal mało przypominające przedszkolne wnętrza.

Oczywiście wyjście ewakuacyjne powala i z zewnątrz, i w środku, a jest nim zjeżdżalnia w kształcie kociego ogona. Kończąc podsumowanie estetycznej strony tej placówki nie mogę zapomnieć o takim szczególe, jak np. wycieraczka przed wejściem w kształcie kociego języczka.

okno na9

No i najmilszy dla mnie akcent końcowy- zostałam mile przyjęta przez panią dyrektor placówki. Pełna kultura i jednocześnie duże zdziwienie w jej oczach. Wysłuchała mojej historii, opisałam działalność Nido. Ale jednak.. jakby nie chciała uwierzyć, że komuś chce się przyjechać tylko po to, żeby je zobaczyć.

Panie z grona pedagogicznego z dyrektorką na czele dziwnie mi się przyglądały, jak dotykałam ścian i zachwycałam się każdym detalem. Jakby nie rozumiały mojego entuzjazmu. Dla nich to zwykłe przedszkole na wsi. Praca jak każda inna… No bo niby co w tym takiego dziwnego?? Przedszkole w kształcie kota…

Tego bym sobie życzyła. Żeby takie miejsce powstało kiedyś w Rybniku. Żeby było miejscem spotkań Małych z Dużymi, żeby spowszechniało.. i po dziesięciu latach, żeby zostało zwykłą placówką o ciekawym kształcie, do której tylko czasem zerkają zachwyceni nią turyści.

podziel się!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *